STRONA GŁÓWNA

TOBIE OJCZYZNO
- CICHOCIEMNI

POWSTANIE, ROZWÓJ, OPERACJE

ORGANIZACJA I SZKOLENIE

SELEKCJA I REKRUTACJA

UZBROJENIE I WYPOSAŻENIE

BARWA I ODZNAKI

DOWÓDCY

POWIEDZIELI
O GROM-ie

WYWIADY

GALERIA

BIBLIOGRAFIA

PODZIĘKOWANIA

LINKI

KSIĄŻKI O GROMIE

MASZ PYTANIA?

LISTA MAILINGOWA

Gdański Dom Wydawniczy
- Kontakt

* * * * * * *

Copyright © by Sebastian Miernik & Gdański Dom Wydawniczy.
All rights reserved.

Żadna część tej strony nie może być reprodukowana i wykorzystywana bez zgody właścicieli praw.

Wywiady

Rozmowa z panem Krzysztofem Kozłowskim, ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, "ojcem chrzestnym GROM-u".

Jakie były powody powstania jednostki GROM?

W początkowym okresie transformacji ustrojowej było wiele powodów do powołania tego typu jednostki. Pierwszym z nich, bardzo rzucającym się w oczy w tamtych czasach, było znaczne nasilenie się przestępczości, wobec której policja była bezradna. Przeciętny policjant w roku 1990 wystrzelił 15 pocisków, podczas gdy tzw. antyterrorysta 150. Co więcej, w tym samym roku cała policja nie posiadała nawet jednego faxu! Tak było w sytuacji, gdy brutalni przestępcy nie wahali się posługiwać bronią palną. Jest to pewne tło, niezbędne do zrozumienia rzeczywistości, w jakiej powstawała jednostka. Struktura tak wielka, jaką stanowiło wtedy MSW, była niezwykle trudna do zreformowania celem sprostania czekającym ją wyzwaniom. Stawałem przed trudnym wyborem- przeprowadzenia opcji zerowej i zwolnienia z pracy wszystkich dawnych funkcjonariuszy, czyniąc tym samy bezbronnymi odpowiednie służby, lub zachować ich część i przeprowadzić, zgodnie z decyzją rządu, weryfikację i wykonywać stawiane przed nami zadania. Zastosowałem prostą metodę- z pracy musieli odejść wszyscy, którzy skończyli 55 rok życia, reszta podlegała weryfikacji. Naprawdę weryfikowane były Departamenty I (wywiad) i II (kontrwywiad) oraz struktury logistyczne, natomiast funkcjonariusze pozostałych Departamentów (III, IV, V, VI) musieli odejść. Ten proces musiał trwać, dlatego łatwiej i szybciej było stworzyć małe, elitarne jednostki, które dawałyby możliwość reakcji w sytuacjach kryzysowych i zapewniały pewien stopień bezpieczeństwa. Nie można jednak zaprzeczyć, że duża część osób, którym dano szansę i zweryfikowano pozytywnie wykonała zadania bardzo ważne dla naszej państwowości. Stało się tak mimo tego, że byli funkcjonariuszami służb specjalnych PRL.

Mamy zatem tło powstania jednostki, pomysłu, z jakiego się narodziła, obok tego były jednak kolejne zagrożenia, o wymiarze międzynarodowym.

Głównym powodem powstania GROM było zagrożenie terrorystyczne. Uważałem wtedy, ze otwarcie granic i ruch ludzi spowoduje, że z zachodu, gdzie terroryści wtedy byli aktywni, nadejdzie do Polski zagrożenie tego rodzaju. Co więcej, gdyby połączyli się z naszą rodzimą przestępczością mogliby zagrozić naszej państwowości, która w tamtym okresie nie była jeszcze dostatecznie chroniona przez przeznaczone do tego służby. Mówię przy tym o terroryzmie, który często zazębia się z polityką i w takim wydaniu jest szczególnie niebezpieczny. Z perspektywy czasu mogę przyznać, że się pomyliłem i do takiego przeniknięcia nie doszło, jednak należało zachować ostrożność. Tym bardziej, że PRL w latach 70 i 80- tych była odskocznią dla terrorystów arabskich. Przybywali tu w sposób przez nikogo nie kontrolowany i wypoczywali po przeprowadzanych przez siebie akcjach w oczekiwaniu na kolejne. Ich pobyt mógł trwać lata, zatem wtapiali się w daną społeczność, co czyniło ich jeszcze bardziej niebezpiecznymi. W MSW nikt nie prowadził ewidencji tych osób, nikt tego nie kontrolował, sam generał Kiszczak stwierdził, że to go nie interesuje. Ta sama zasada dotyczyła jeszcze tylko agentów Stasi, którzy również działali na terenie naszego kraju nie sprawdzani przez nikogo. W związku z tą sytuacją musieliśmy prosić sojuszników o pomoc, dzięki czemu udało się zidentyfikować część tych ludzi. Kolejnym tego typu powodem była decyzja premiera Tadeusza Mazowieckiego o podjęciu się przez nas zabezpieczenia operacji przerzucenia rosyjskich Żydów do Izraela z punktem przesiadkowym zorganizowanym na warszawskim Okęciu. Okazało się, że stołeczne lotnisko jest niemożliwe do właściwego zabezpieczenia, co było tym bardziej niebezpieczne, że obie strony miały kłopoty z koordynacją lotów. Często zdarzało się, że ludzie musieli przebywać na płycie lotniska w oczekiwaniu na samolot, musieli być także odwożeni na noc do Konstancina, co potęgowało zagrożenie zamachem. Mieliśmy informacja, że osoby arabskiego pochodzenia kręcą się wokół tego obiektu i próbują znaleźć odpowiednie dojścia. Na pomoc przybyli Brytyjczycy, którzy w tym czasie byli ekspertami w tego typu zabezpieczeniach. Stwierdzili jednak, że na Okęciu nie da się wykonać tego zadania, konieczne jest przeniesie tej operacji na inne lotnisko. Niestety, ze względy na opory strony izraelskiej odnośnie nowej lokalizacji okazało się to niewykonalne. Dlatego kolejny raz zdrowy rozsądek mówił, że potrzebna jest nam jednostka antyterrorystyczna.

Jak trafił do Pana jej pierwszy dowódca i organizator generał Sławomir Petelicki?

Wtedy jeszcze podpułkownik Petelicki znalazł się u mnie ze względu na to, że był postacią z pewnych względów dość znaną w MSW. Był osobą twardą, potrafiącą dać się we znaki. Ale to on miał koncepcję jednostki antyterrorystycznej i dlatego to jemu zaproponowałem zorganizowanie GROM pytając ile czasu mu to zajmie. Odparł, że kilka miesięcy, jeśli będzie miał do dyspozycji poligon i odpowiednią broń oraz możliwość zdobycia właściwych ludzi. Dostał to wszystko, dzwoniłem w tych sprawach do admirała Kołodziejczyka, zebraliśmy trochę pieniędzy i wszystko ruszyło. Mogę śmiało powiedzieć, że bez Petelickiego nie byłoby GROM. Mnie natomiast nazywają "ojcem chrzestnym" jednostki, chociaż moją zasługą było tylko podpisanie odpowiednich dokumentów. Dzięki temu miałem przyjemność oglądać, jak cztero gwiazdkowy amerykański generał oglądający ćwiczenia naszych żołnierzy gratuluje osobiście każdemu z osobna. Dowódcy Delty podkreślali, że GROM jest jedyną jednostką z tej części Europy, z którą chcą ćwiczyć. Byłem również zaproszony na ostatnie święto jednostki. Uważam, że powinni na nim być obecni wszyscy, którzy nią dowodzili, łącznie z pułkownikiem Polko.

Jak ocenia Pan przeniesienie GROM do MON?

Uważam, że był to wielki błąd! Można było szukać innych rozwiązań, chociażby takiego, jakie jest stosowane w Niemczech, gdzie jednostka antyterrorystyczna jest w ramach Straży Granicznej. Z tych zawirowań wynika również ciągły brak możliwości użycia GROM na terenie kraju, a przecież w moim zamyśle do tego jednostka była powoływana. Operacje poza granicami kraju są bardzo ważne, ale musimy pamiętać o możliwych zagrożeniach w Polsce. Złamaniem prawa i wystawianiem na szwank morale żołnierzy było użycie ich do wyważania bramy w Pęcicach przy sprawie Art B. Później zaś brali udział w konwojowaniu do Sejmu teczek służby bezpieczeństwa. W wypadku ataku terrorystów zapewne byliby użyci, jednak byłoby to wbrew istniejącym regulacjom prawnym. Przejście do struktur wojskowych sprawiło, że nie zlikwidowano tych kłopotów z użyciem jednostki, a co więcej ta struktura narzuca równość, jest przeciwna elitarności. Stąd chociażby obniżenie zarobków żołnierzy, czy spory o to, kto ma nią dysponować, komu ma podlegać. Prawda jest taka, że każdy by ją chciał, bowiem przedstawia tak wysoką wartość. Do tej pory nie udało się również uczynić jej aeromobilną, nie ma bowiem potrzebnego do tego zaplecza i ludzi. Trzeba jednak pamiętać, że przy użyciu GROM w kraju należy zastosować szczególną ostrożność, ponieważ tego typu jednostki szkolone są w przeciwieństwie do policji tak, by eliminować przeciwników. Pamiętać również należy o pewnych niekonwencjonalnych obawach co do tego typu działań. Otóż minister Pałubicki uważał, że GROM jest narzędziem postkomunistów, a jednym z dowodów na to była obecność bazy jednostki w pobliżu jednej z prezydenckich rezydencji. To miało dowodzić, że żołnierze wykonują dla niego określone zadania, lub mogą to zrobić.

Jak wyglądała pomoc Stanów Zjednoczonych przy tworzeniu tej jednostki?

Po pierwsze nie było nikogo innego kto mógłby nam pomóc w stworzeniu jednostki antyterrorystycznej. Przełomowym momentem było przeprowadzenie operacji w Iraku. Jej sukces zaowocował pewnym otwarciem we wzajemnych stosunkach. Zwykle jest tak, że przy układającej się współpracy wywiadów, w każdej innej sferze jest o nią łatwiej. Amerykanie mogli mieć przecież wątpliwości co do naszych przemian. Ciągle było wielu ludzi z poprzedniego systemu. Tymczasem ta operacja sprawiła, że lody zostały przełamane, Amerykanie przezwyciężyli uprzedzenia i zaczęli pomagać. W wypadku jednostki GROM były to przede wszystkim szkolenia i zapewnienie ich finansowania. Ale do tego się nie ograniczyli. Sędzia Webster- Szef CIA w tamtym okresie, przyjeżdżając do Polski przywiózł ze sobą list prezydenta Stanów Zjednoczonych z prośbą, by mógł go wręczyć osobiście polskiemu premierowi. Otóż pierwszy akapit listu zawierał gorące, serdeczne podziękowania za wywiezieni oficerów amerykańskich z Iraku. Drugi natomiast z nieznanych nam powodów mówił, iż Stany Zjednoczone dołożą wszelkich starań, by zadłużenie Polski zredukować o połowę.

Mamy zatem do czynienia z całym szeregiem powodów i wydarzeń, które przyczyniły się do powstania jednostki GROM i jej funkcjonowania w obecnej postaci. Często wydają się one niezbyt istotne, a jednak stanowią niezbędny element do tego, by postanowił Pan o jej utworzenia.

Zgadza się. Ważne jest zarówno tło, o którym mówiłem, a często wiele osób nie zdaje sobie z niego sprawy. Nie wiedzą, że teoretycznie nasza demokracja w tamtym okresie mogła być zniszczona przez jeden batalion wojska. Dlatego musiałem rozważać, czy realizować "opcję zerową" w podległych mi służbach i uczynić tym samym je bezwartościowym narzędziem na następnych kilka lat, czy też kierować się zdrowym rozsądkiem i wykonywać zadania, jakie przed nami stały. W ten sposób trafiłem na Petelickiego, tak samo udało nam się zbierać informacje o wydarzeniach na wschodzie, a były one wtedy bezcenne, stanowiły nasz atut w kontaktach z zachodnimi sojusznikami. Podam jeszcze jeden przykład, nieco zabawmy: otóż MSW miało w Bieszczadach gospodarstwa rolne. Wg mnie produkowano tam najdroższe mięso w Europie, tak wysokie były koszta jego funkcjonowania. Chciałem je zamknąć oddać komuś, ale nikt tego nie chciał. Pojechałem je obejrzeć, widziałem żołnierzy Nadwiślańskich zajmujących się zwierzętami, a potem zobaczyłem karabiny stojące w ich barakach. Wtedy właśnie uprzytomniłem sobie, że jest to jedyna jednostka wojskowa, jaką mamy na swojej wschodniej granicy! O przeniesieniu innych nie mogło być mowy ze względu na koszty. Dlatego postanowiłem ją zostawić.

Serdecznie dziękuje za rozmowę.

Rozmowę przeprowadził dr Marcin Lasoń z Krakowskiej Szkoły Wyższej Im. A. Frycza Modrzewskiego, Wydział Stosunków Międzynarodowych.

Dr Marcin Lasoń jest absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pracę magisterską obronił w 2002 roku w Instytucie Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ. W Uniwersytecie tym odbył następnie studia doktoranckie i w bardzo krótkim okresie, przygotował rozprawę doktorską. W grudnia 2004 r. uzyskał na jej podstawie tytuł doktora nauk politycznych.

Wywiad z płk Tadeuszem Sapierzyńskim - dowódcą Wojskowej Formacji Specjalnej GROM

Czy prowadzone są obecnie prace nad powołaniem Dowództwa Operacji Specjalnych i czy uczestniczą w nich żołnierze GROM-u?

Musi Pan wiedzieć o jednej rzeczy. Mogę z Panem rozmawiać jedynie o poziomie Jednostki, natomiast o pracach prowadzonych na szczeblu Ministerstwa i Sztabu Generalnego nie. Mnie proszę pytać o to, za co ja odpowiadam. O mnie samego, o Jednostkę i o nic więcej. A wracając do pytania, to wiadomym mi jest, że trwają prace nad strukturami nadrzędnymi sił specjalnych i mam nadzieję, że wkrótce takie powstaną.

Czy można powiedzieć coś o inwestycjach w sprzęt i uzbrojenie w Jednostce?

Można. Zacznijmy od tego, że nakłady na Jednostkę zwiększyły się od 1999 roku, kiedy przeszła ona do Ministerstwa Obrony Narodowej. Gdyby wziąć pod uwagę początek funkcjonowania w strukturach MON, to wzrost nakładów jest ponad dwukrotnie wyższy. Jednak gdyby przyjrzeć się początkom funkcjonowania jednostki, to można by się pokusić o ocenę, że wzrost nakładów jest pięcio, a nawet siedmiokrotny. Ale początki były trudne. Gen. Petelicki, jako pierwszy dowódca funkcjonował w strukturach MSWiA i jak sadzę nie mógł pozwolić sobie na wyższe wydatki, choć i tak w zakresie wyposażenia w sprzęt zdołał wiele dobrego uczynić. Jeżeli chodzi o nasze ostatnie inwestycje, to skupione one były przede wszystkim na indywidualnym doposażeniu żołnierzy, m.in. w karabinki MP-5, M4 i noktowizję indywidualną. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze różnoraki sprzęt pływający, podwodny oraz łodzie bojowe. To są główne inwestycje.

Czy mógłby Pan powiedzieć jakie otrzymał medale i odznaczenia, i za służbę w jakich misjach bądź też w jednostkach?

Zostałem wyróżniony szeregiem odznaczeń resortowych, jednak najbardziej cenię sobie te, które otrzymałem za służbę poza granicami kraju, m.in. dwukrotnie za służbę na Bliskim Wschodzie. Jest to medal, o ile dobrze pamiętam, "In service of peace" - za służbę na pograniczu izralelsko-syryjskim, a konkretnie na Wzgórzach Golan w latach 1997-1998. Później czterokrotnie za służbę dla pokoju na Bałkanach, a także medal "Pennsylvania Commendation" - za chwalebną służbę w Bośni. W czasie drugiego pobytu byłem dowódcą Nordycko-Polskiej Grupy Bojowej. W jej skład wchodzili Polacy, Duńczycy, Szwedzi, Finowie, a także Estończycy, Łotysze i Litwini, a później po transformacji także Portugalczycy i Słoweńcy. Bardzo dobrze wspominam tę służbę. Wiele się wtedy nauczyłem, zwłaszcza od Duńczyków. Naprawdę jestem pod wrażeniem ich umiejętności.

Czy mógłby Pan opowiedzieć o kontaktach z Cichociemnymi?

Mam stały kontakt z Cichociemnymi, pomimo tego, że wojenna zawierucha rozrzuciła ich niemal po całym świecie. Często spotykam się z przewodniczącym Związku Cichociemnych, Panem. Stefanem Bałukiem, który pomimo podeszłego wieku jest człowiekiem bardzo aktywnym i wciąż inspiruje mnie do wielu nowych działań. Poczet ze sztandarem Jednostki obecny jest na wszystkich uroczystościach, w których uczestniczą Cichociemni. Jako spadkobiercy ich wspaniałych tradycji staramy się nie tylko te tradycje kultywować, ale w miarę możliwości pomagamy naszym Patronom w ich codziennym życiu. W maju pragnę odsłonić na terenie Jednostki pomnik poświecony Cichociemnym. Ubolewam nad tym, że niestety kiedyś nasze majowe spotkania się skończą. Coraz więcej Cichociemnych odchodzi od nas. Niedawno zmarł w Poznaniu najstarszy Cichociemny - Pan Przemysław Bystrzycki. Pragnę przypomnieć, że utrzymujemy także zażyłe kontakty ze środowiskiem Żołnierzy Batalionu "Parasol". Kultywowanie tych tradycji ma dla mnie charakter szczególny, ponieważ mój ojciec też walczył w AK, niestety już od 17 lat nie żyje. Bardzo rzadko wspominał tamte czasy.

Czy można powiedzieć coś o działaniach GROM-u w Iraku, o misjach, jakie tam wykonywał, z jakimi jednostkami współpracował?

Współpracowaliśmy głównie z Amerykanami, tj. 3., 5. i 10. Grupą Sił Specjalnych oraz oczywiście z Navy SEALs, z którymi praktycznie rzecz biorąc mieszkaliśmy w jednym kampie.

Czy z SEALsami to były głównie działania na wodzie?

Nie tylko. Odziały SEALs działają również na lądzie.

Pytam, ponieważ opisane w prasie działania z SEALsami odbywały się na wodzie.

Działania lądowe zaczęły się de facto, gdy zakończyły się tzw. operacje MIO na Zatoce Perskiej. Potem zmieniliśmy miejsce stacjonowania z Kuwejtu do Iraku i tu już przeprowadzane były operacje lądowe. Ale nic bardziej mylnego, jeśli ktoś sądzi, że tutaj działalność SEALsów się skończyła. Oni są wszechstronni - biorą udział w walkach zarówno na wodzie, jak i na lądzie. W jednych i drugich są równie dobrzy.

Czy z faktu, że GROM współpracował głównie z SFG wynika, że były to przede wszystkim działania dywersyjne i rozpoznawcze?

Zadania dywersyjne nie były realizowane. Głównie przeprowadzaliśmy zadania rozpoznania specjalnego i akcji bezpośrednich, ponadto do naszych zadań należały konwoje, ochrona osobista i operacje snajperskie.

Czy można powiedzieć, w jakim to było rejonie?

Przede wszystkim w rejonie odpowiedzialności sił amerykańskich i polskich.

Czy w czasie tych działań GROM współpracował z jednostkami polskimi?

Jak najbardziej. Ochranialiśmy wizyty prezydenta, premiera. GROM nie podlegał dowództwu Dywizji, lecz Dowództwu Operacji Specjalnych, dlatego wykonywał działania zlecone przez Dowództwo Operacji Specjalnych. Jeżeli w jakimś rejonie potrzebne były siły specjalne, to w każdej chwili były do dyspozycji dowódcy.

Czy można powiedzieć coś o działaniach w Afganistanie? W prasie pojawiają się dość sprzeczne informacje. Z jednej strony jest opisane, że GROM oprócz ochrony konwojów i bazy w Bagram nic nie wykonuje, natomiast w NTW, w art. - "Miejsce sił specjalnych w systemie obronnym RP" jeden z żołnierzy GROM-u powiedział, że wpływ na to jak poważne zadania w Iraku były im powierzane, miały m.in. działania w Afganistanie.

Ja nie czytałem tego artykułu. Przyznaję, że zadań z grupy ochrona osobista, rozpoznanie specjalne, zabezpieczenie konwojów i innych, typowych dla wojsk specjalnych nie było tam wiele, co nie znaczy, że ich nie było. Mogę jedynie stwierdzić, że wszystkie postawione przed nami zadania wykonaliśmy bardzo dobrze, a wysiłek i doświadczenie zdobyte w Afganistanie zaprocentowały w czasie operacji w Iraku.

Skąd żołnierze GROM-u czerpią motywację do tak niebezpiecznej służby? Pieniędzy dużych z tego nie ma, można łatwo stracić życie.

To jest bardzo ciekawe pytanie. Na pewno pieniądze są czynnikiem motywacyjnym i nie można o nich nigdy zapominać. Jednak nie tylko o pieniądze chodzi. Musi Pan wiedzieć, iż GROM jest specyficzną jednostką. Służyłem już w różnych jednostkach i naprawdę nie zamieniłbym pracy, którą w tej chwili wykonuję na żadną inną, głównie ze względu na ludzi, których tu spotkałem. Wiem, że w GROM-ie mam do czynienia z profesjonalistami, tu wszyscy są zawodowcami - daję hasło i mam pewność, że wszystko zostanie wykonane jak należy. Moimi podwładnymi są żołnierze, dla których służba tutaj jest życiową pasją. Poza ustawicznym doskonaleniem swoich umiejętności, są bardzo kreatywni, otwarci na wszelkie nowinki techniczne i taktyczne. Panuje wśród nich specyficzna atmosfera, oparta na wzajemnym zaufaniu, nie pozbawiona jednak rywalizacji i zdrowej krytyki. Wieloletnie, wspólne ćwiczenia, w niewielkich grupach powodują, że gdy zachodzi potrzeba funkcjonują jak jeden organizm, mając świadomość, że tylko takie zachowanie może przynieść pożądany skutek.

W pierwszym wywiadzie udzielonym "Komandosowi" mówił Pan, że chce zasmakować służby na poziomie operatora. Czy mógłby Pan opowiedzieć o tej służbie ze swojej strony?

Ja mam świadomość, po co tutaj przyszedłem. Jako punkt honoru postawiłem sobie zadanie zapewnienia chłopakom wszystkiego, co jest im niezbędne do szkolenia. Mam ich bronić i chronić, ale także sprawiedliwie rozliczać z postawionych przed nimi zadań. Tak swoją rolę postrzegam. W miarę możliwości czasowych czynnie uczestniczę także w szkoleniu specjalistycznym. Np. w tej chwili wybieram się na poligon Pstrąże, gdzie będę uczestniczył w kursie pirotechnicznym, a następnie na szkolenie narciarskie (rozmowa miała miejsce w styczniu br. - przypis autora). Nie uważam się za wszechwiedzącego i z dużą pokorą przyjmuję fakt, że mogę się sporo od moich podwładnych nauczyć. Taka postawa powoduję, że nabierają oni do mnie coraz większego zaufania, a to pomaga w dowodzeniu. Z pewnością, poprzez uczestnictwo we wspólnych ćwiczeniach lepiej się rozumiemy. Początki przyznaję, nie były łatwe, ale myślę, że trudności we wzajemnym zrozumieniu są już za nami.

Dziękuje za rozmowę

Wywiad z żołnierzami Wojskowej Formacji Specjalnej GROM uczestnikami operacji "Little Flower"

W jaki sposób trafiliście do wschodniej Slawonii i jakie zadania mieliście tam wykonywać?

Trafiliśmy do wschodniej Slawonii m.in. dlatego, że tymczasowy administrator Jacques P. Klein wyrobił sobie bardzo dobrą opinię o naszej jednostce. Jego zastępca Souren Seraydarian, jak i wiele osób z personelu ONZ uczestniczyło w misji na Haiti, gdzie poznali nas z dobrej strony. Rozpoczęliśmy naszą misję we wschodniej Slawonii 3 grudnia 1996 r. jednak już wcześniej, to jest w połowie listopada, do Chorwacji wyjechała grupa rekonesansowo-przygotowawcza. Liczyła ona 14 osób (dowódca, zastępca dowódcy, oficerowie łączności, rozpoznania, operacyjni i logistycy). Występowaliśmy początkowo pod nazwą Polska Specjalna Grupa Policyjna (Polish Special Police Group), ponieważ wówczas nasza jednostka była podporządkowana Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Nieco później zaczęliśmy stosować nazwę Polska Grupa Specjalna (Polish Special Group), która była bardziej odpowiednia.
Do naszych zadań należała ochrona ważnych osób, w tym tymczasowego administratora i oficjalnych delegacji, personelu misji, konwojów z pieniędzmi i ważnymi przesyłkami. Wobec pogłosek o możliwości porwań jeździliśmy w konwojach, eskortując pracowników UNTAES. Stworzyliśmy Wojskową Grupę Interwencyjną, która działała nie tylko w wyznaczonym sektorze (jak było w wypadku innych kontyngentów), ale w całym rejonie. Mogliśmy korzystać ze wsparcia ukraińskich śmigłowców Mi-8 i Mi-24 oraz rosyjskich transporterów opancerzonych BTR-80 i belgijskich M113. Byliśmy zawsze gotowi do podjęcia działania w ciągu 15 minut. Razem z żołnierzami belgijskimi i rosyjskimi tworzyliśmy ruchome obiekty kontrolne. Wzmacnialiśmy też ochronę kwatery głównej UNTAES.
Byliśmy podporządkowani bezpośrednio dowódcy kontyngentu Force Commanderowi, mieliśmy bardzo dobre kontakty z kwaterą główną. Naszym dużym atutem była znajomość języka rosyjskiego i cyrylicy, co pomagało w nawiązywaniu kontaktów i orientacji w terenie. Podczas trwania misji na tyle poznaliśmy serbski, że mogliśmy swobodnie porozumiewać się w tym języku.

Jakie warunki zastaliście na miejscu?

Pierwszą kwaterą była willa przy stacji benzynowej w miejscowości Erdut. Byliśmy ulokowani bardzo blisko granicy, około 500 metrów od mostu granicznego. Obóz budowaliśmy od podstaw. Najpierw otoczyliśmy teren workami z piaskiem, potem siatką - na tyle wysoką, żeby nie można było wrzucić do środka granatu. Byliśmy zdani sami na siebie.
Co ciekawe, obiekt, który zajęliśmy, był wcześniej wykorzystywany przez ludzi "Arkana". Przejęliśmy więc cały obszar wraz z bardzo dobrymi obiektami szkoleniowymi, których używaliśmy. Korzystaliśmy m.in. z domku z opon i ośrodka szkolenia wysokościowego w zburzonym zamku na skarpie nad Dunajem. Poniżej znajdowała się wioska, której mieszkańców ludzie "Arkana" wykorzystywali jako żywe obiekty szkoleniowe.
Teoretycznie ludzie "Arkana" nie mieli wstępu na ten teren. Ale bardzo często, bez mundurów, pojawiali się w miejscach, gdzie bywaliśmy i gdzie ochranialiśmy ważne osoby. Zawsze obserwowali większe zgromadzenia i demonstracje. Łatwo było ich rozpoznać - krótko ostrzyżeni, dobrze zbudowani, zdyscyplinowani, z bronią ukrytą pod ubraniem.
"Arkan" szkolił swoich ludzi do takich zadań, jak uwalnianie zakładników z rąk Muzułmanów i Chorwatów. Z takich akcji czerpali oni swoje zyski. Poza tym zajmowali się też pospolitymi rabunkami i pacyfikacją wiosek. Początkowo jednym ze źródeł ich utrzymania była kradzież samochodów ONZ we wschodniej Slawonii oraz przemyt innych towarów, np. broni czy narkotyków. Na początku wywozili ukradzione auta za granicę, ale potem zrobili się tak bezczelni, że jawnie jeździli ukradzionymi samochodami, które miały starte znaki ONZ. Doszło do tego, że samochody ONZ musiały się poruszać w konwojach pod eskortą. W tamtych czasach zresztą we wschodniej Slawonii znajdowało się bardzo dużo kradzionych aut. Później proceder ten został ukrócony, m.in. przez wprowadzenie nowych tablic rejestracyjnych i dokumentów. Ludzie, którzy pozostali we wschodniej Slawonii, wcześniej walczyli, a potem źródłem ich utrzymania był handel samochodami, benzyną i bronią.
Drugą grupą działającą w tym regionie był oddział "Skorpionów". Mimo że oficjalnie opuścili oni teren administrowany przez UNTAES, wielu z nich pozostało "pod przykryciem". "Tygrysy" dowodzone przez "Arkana" i "Skorpiony" to grupy paramilitarne, niepodporządkowane wojskom Federacyjnej Republiki Jugosławii, doskonale zorganizowane i działające na zasadach mafijnych. Wielu członków tych grup po zakończeniu walk w Chorwacji przeszło do Bośni.
Duże zagrożenie stwarzali pojedynczy mężczyźni, weterani walk na tym terenie, którym pozostał uraz psychiczny z powodu własnych przejść lub tragedii rodzinnych. Nosili oni wojskowe mundury z wyraźnymi symbolami serbskimi, byli zawsze uzbrojeni. Ich działania były nieprzewidywalne i nieobliczalne. Przykładem może być sprawa zabójstwa żołnierza belgijskiego. Z okazji każdej większej lub mniejszej uroczystości: święta narodowego, wesela, lub butelki rakiji wypitej z kolegami, miejscowi sięgali po broń i pucali (strzelali) na wiwat.
Chorwaci odnosili się oni do wojsk UNTAES bardzo niechętnie i z dystansem, sytuacja z czasem nieco się poprawiła. Należy pamiętać, że był to bardzo ważny region zarówno dla Chorwatów, jak i Serbów, ponieważ występowała tam ropa naftowa i najżyźniejsze ziemie (region nazywano spichlerzem Jugosławii), m.in. z tych powodów stale groził tam wybuch konfliktu zbrojnego. Na konferencji w Dayton postanowiono o pokojowym przekazaniu tych terenów Chorwacji. Był to rejon strategiczny, graniczący z Serbią. Zniszczenie trzech mostów na Dunaju odcinało komunikację z Serbią.

W jaki sposób przebiegały przygotowania i operacja pierwszego zatrzymania zbrodniarza wojennego w byłej Jugosławii?

W marcu 1997 dowiedzieliśmy się, że możemy wziąć udział w operacji, po której zakończeniu mogły nas spotkać represje czy terrorystyczne akcje odwetowe. Zgodziliśmy się. Chodziło o pierwsze aresztowanie zbrodniarza wojennego w byłej Jugosławii. Teoretycznie Slavko Dokmanović wydawał się łatwym celem. Największą trudność stanowiło wyciągnięcie go z domu znajdującego się na terenie Jugosławii, dokąd uciekł po wejściu wojsk ONZ. Przygotowania do operacji rozpoczęliśmy po rozmowach przeprowadzonych z przedstawicielami ICTY oraz dowódcą kontyngentu woskowego UNTAES.
W ramach przygotowań do operacji m.in. oglądaliśmy filmy dokumentalne o Vukovarze, gdzie zarejestrowano wypowiedzi Slavko Dokmanovicia, oraz uczestniczyliśmy w ekshumacji ofiar z masowych grobów. W świetle poznanych faktów byliśmy pewni jego winy.
Przygotowano kilka planów działań. Jeden z nich zakładał pojmanie go w domu w Somborze, niezbyt daleko od granicy, i szybkie odtransportowanie na teren administrowany przez ONZ. Prowadzono nawet rozpoznanie tego rejonu. Pojawiło się jednak kilka trudności. Po pierwsze, dom był chroniony. Po drugie, droga powrotna byłaby bardzo trudna albo wręcz niemożliwa do przebycia (po drugiej stronie Dunaju stacjonowało wiele jednostek wojsk jugosłowiańskich). Po trzecie, tego typu działanie poza strefą jurysdykcji ONZ postawiłoby Organizację Narodów Zjednoczonych w roli gwałciciela prawa międzynarodowego. Tak więc "wyjęcie" Slavko Dokmanovicia z jego domu było mało realne i nielegalne.
Drugi wariant zakładał ściągnięcie Slavko Dokmanovicia do hotelu "Dunaj" w Vukovarze, gdzie miał zeznawać w sprawie zbrodni popełnionych przez Chorwatów. Tam miał zostać zatrzymany, dostarczony na pokład ukraińskiego helikoptera Mi-8 i odtransportowany dalej. Zakładano wykorzystanie śmigłowca, gdyż reakcja miejscowych Serbów mogła być bardzo gwałtowna, a wówczas ewakuacja zatrzymanego drogą lądową okazałaby się niemożliwa.
Trzeci wariant zakładał przygotowanie zasadzek na drogach, którymi mógł przejeżdżać poszukiwany, podróżując do Vukovaru. W zasadzkach mieli brać udział również żołnierze belgijscy i rosyjscy. Jednak tylko my znaliśmy cel operacji. Zespoły rozpoznały trzy drogi i trzy mosty, którymi mógł się poruszać S. Dokmanović. Ostatecznie akcja została odwołana z powodu zbliżających się wyborów samorządowych w połowie kwietnia 1997 r., nie chciano bowiem zaogniać sytuacji na terenie misji.
Przez cały czas nie udało się uzyskać informacji o tym, jak liczną i jak uzbrojoną ochroną będzie dysponował poszukiwany po przekroczeniu  granicy.
Oczywiście o wszelkich planach poinformowane było tylko ściśle ograniczone grono osób. Otoczenie J.P. Kleina nie było wtajemniczone w te plany.
Po wyborach sytuacja w regionie nieco się ustabilizowała. Kolejne "zielone światło" otrzymaliśmy w czerwcu. Pojawiła się ekipa z ICTY. Odwiedzili kilkakrotnie poszukiwanego w domu i namawiali go, aby przyjechał do strefy ONZ w celu złożenia zeznań i uregulowania kwestii nieruchomości, zapewniając go, że będzie bezpieczny. W końcu się zgodził.
Początkowo planowano, aby przechwycić S. Dokmanovicia za mostem, przed miejscowością Dalj. Jednakże w toku rozważań zdecydowano, że operacja zostanie przeprowadzona w pobliżu naszej bazy. W każdym innym miejscu nadmierny ruch pojazdów ONZ mógłby wzbudzić podejrzenia. Ćwiczyliśmy przed operacją razem z ludźmi z ICTY.
Jak mówiłem, nie mieliśmy pewności, z jak liczną i jak uzbrojoną ochroną będziemy się musieli uporać. Zorganizowaliśmy stanowiska snajperów, którzy chronili bazę i obserwowali most. Zakładaliśmy, że S. Dokmanović będzie dysponować nie tylko ochroną osobistą, ale również ochroną dalszą.
Poszukiwany zgodnie z planem na moście granicznym przesiadł się do opancerzonego samochodu UNTAES, którym kierował żołnierz z jednostki GROM. W tym samochodzie siedział też dowódca operacji. Dosiadł się do nich ochroniarz i współpracownik S. Dokmanovicia. Utkwiło mi w pamięci, że był tak silnie zbudowany i miał tak grube nadgarstki, że trudno mu było potem założyć kajdanki. Za nimi poruszał się drugi samochód, również z żołnierzami GROM-u.
W czasie akcji obowiązywał zakaz mówienia po polsku. Mogliśmy się porozumiewać ze sobą  tylko w języku angielskim i korzystając z ustalonych znaków.
Po przejechaniu mostu dotarliśmy na wysokość naszej bazy, gdzie zorganizowano zasadzkę. Zza worków z piaskiem wyjechał star. Pierwszy z kolumny trzech samochodów musiał nagle skręcić z dużą szybkością w lewo, w kierunku szlabanu bazy, i gwałtownie zahamować. Dzięki informacjom snajperów wiedzieliśmy, kto zajmuje poszczególne miejsca w pojeździe. Każde drzwi w samochodzie obstawiała inna grupa operatorów. Z samochodu wyciągnięto obu Serbów. Ochroniarz Dokmanovicia miał na kolanach czarną aktówkę, w której była broń. Działaliśmy tak szybko, że nie zdążył nawet po nią sięgnąć. Obu przeszukano i skuto. Potem śledczy z ICTY przedstawił zarzuty Dokmanoviciowi i odczytał mu jego prawa.
Do ostatniej chwili byliśmy przygotowani na to, że pojawi się dodatkowy samochód z ochroną zatrzymanego. Dlatego wzdłuż wału wystawione były ubezpieczenia.
Obu zatrzymanych rozdzielono, obu też sprawdził lekarz. Założono im worki na głowę. Slavko Dokmanović po wysłuchaniu aktu oskarżenia został odwieziony w konwoju, liczącym trzy samochody, na lotnisko. Konwój przypominał typowy przejazd J.P. Kleina.
Na lotnisku czeka samolot. Kiedy chorwacka obsługa lotniska zobaczyła człowieka w worku na głowie konwojowanego pod bronią, nie wiedząc, co się dzieje, chciała uniemożliwić start samolotu, grożąc jego zestrzeleniem w wypadku samowolnego startu. "Targi" trwały około godziny. Start nastąpił dopiero dzięki interwencji J.P. Kleina.
W operację był zaangażowany cały nasz kontyngent, 53 osoby. Wystawiliśmy nawet drużynę na zawody sportowe kontyngentów UNTAES, które były rozgrywane tego dnia, dlatego wszyscy byli przekonani, że tam jesteśmy. Wiele osób przypuszczało, że zatrzymania dokonali Chorwaci. Podczas akcji nasi operatorzy byli ubrani w nomeksowe kombinezony, podobne do tych, które używały w tym czasie specjalne oddziały chorwackiej policji. Przez długi czas udało się utrzymać w tajemnicy to, kto tak naprawdę przeprowadził operację.

Czy po tej akcji obawialiście się odwetu?

Pojawiły się pogłoski o możliwości odwetu. Po operacji wzmocniliśmy ochronę naszej bazy, a poza nią poruszaliśmy się tylko w większych grupach Snajperzy ochraniali miejsce naszej dyslokacji. Rozważany był też wariant zmiany lokalizacji naszej bazy, ale ostatecznie do tego nie doszło.

Dlaczego zatrzymanie miało miejsce właśnie na terenie administrowanym przez UNTAES, a nie na terenie innej misji ONZ?

Zrobił to J.P. Klein, bo to chłop z jajami i typ kowboja. Nie bał się podejmowania decyzji i odpowiedzialności za nie. Mieliśmy dużo szczęścia, bo obyło się bez jednego wystrzału, a akcja przebiegła zgodnie z planem. Stało się tak dzięki znakomitemu planowaniu i przygotowaniu, co zawdzięczamy naszemu ówczesnemu dowódcy, podpułkownikowi J. K. Następne operacje były już trudniejsze, bo ci, którzy mieli coś na sumieniu, zaczęli lepiej dbać o własną ochronę.

Czy możecie opisać inne zdarzenia, w których braliście udział we wschodniej Slawonii?

Otrzymaliśmy rozkaz ochrony Chorwatów, którzy 24 grudnia 1996 r. przyjechali dwoma autobusami na mszę do kościoła w Ilok. W wydarzeniach tycz uczestniczyli też żołnierze z ukraińskiego pododdziału lekkiej piechoty. Na miejscu się okazało, że na drodze dojazdowej do kościoła zorganizowano demonstrację i przejazd niechybnie grozi starciem. W tej sytuacji znaleźliśmy inne rozwiązanie. Podjechaliśmy po kościół z innej strony. Ponieważ Chorwaci, którzy przyjechali do Iloku, byli w podeszłym wieku (wcześniej zostali wygnani z tego regionu), musieliśmy bardziej pomagać im wchodzić po schodach, niż ich ochraniać.
Utworzyliśmy wraz z żołnierzami ukraińskimi pierścień wokół kościoła. Zewnętrzny krąg ochronny początkowo utworzyli policjanci z TPF, jednak uciekli, jak tylko zaczęło się robić gorąco. Miejscowi Serbowie, kiedy się zorientowali, że nie zdołali zablokować dojazdu do kościoła, wpadli we wściekłość. Tłum nacierał. Z przodu szły kobiety z dziećmi, za ich plecami mężczyźni z bronią. Dwóch naszych żołnierzy wciągnięto w tłum. Rzuciliśmy flash-bangi i wyciągnęliśmy ich. Miejscowi zaczęli rzucać w nas cegłami i kamieniami, został ranny jeden z żołnierzy ukraińskich. Sytuacja została jednak opanowana. Na miejsce wrócili policjanci z TPF i przekazaliśmy im ochronę. Wykorzystali to Serbowie, którzy bocznym wejściem wdarli się do kościoła, zaczęli demolować wnętrze i wyrzucili Chorwatów. Musieliśmy znowu wkroczyć. Oczyściliśmy kościół i Chorwaci mogli spokojnie odjechać. Potem w serbskiej prasie pojawiły się informacje, że polscy żołnierze z NATO pobili kolbami karabinów serbskie kobiety.
Na początku 1997 r. zostaliśmy wysłani do kolejnej interwencji w miejscowości Ilok, odległej o około 70 km od bazy. W tamtych warunkach była to godzina jazdy samochodem. Dowiedzieliśmy się, że mężczyzna uzbrojony w karabin, pistolet i granaty wszedł do jednego z domów, zabił gospodynię (Serbkę), ranił jej męża i wziął jako zakładniczkę pracownicę UNTAES, która mieszkała w tym domu. Napastnikiem okazał się były spadochroniarz i policjant z TPF. Miejscowe siły TPF utrudniały nam działanie, policjanci nie chcieli wpuścić na miejsce zdarzenia, wyraźnie się bali. Ich opór ułatwił ucieczkę sprawcy, okazało się to proste na pokrytym winnicami, pagórkowatym wysokim brzegiem Dunaju.
Chroniliśmy też każdy przyjazd prezydenta Chorwacji Franjo Tudżmana w rejon misji UNTAES, na przykład tzw. pociąg przyjaźni i pokoju, który jechał z Zagrzebia do Vukovaru. W rzeczywistości były to dwa długie pociągi pełne chorwackiej policji. F. Tudżman zajmował najprawdopodobniej jeden wagon. My mieliśmy dołączyć do zespołu ochrony w Vinkovci. Niestety, Chorwaci blokowali drzwi i nie chcieli nas wpuścić. Musieliśmy wejść siłą. Pod Vukovarem pociąg przyjaźni i pokoju został przywitany przez ludność serbską gradem kamieni. Chorwaci chcieli otworzyć ogień, z trudem udało się nam opanować sytuację. Później wszystko potoczyło się mniej więcej zgodnie z planem. Tylko teksty oficjalnych przemówień odbiegały od wcześniej ustalonych. Chorwaci kładli w nich nacisk na swój triumfalny powrót. Serbowie podkreślali, że tak naprawdę to oni odnieśli sukces. Tylko przedstawiciele UNTAES nawiązywali do unormowania sytuacji w regionie.
Organizowaliśmy akcję schwytania innego zbrodniarza wojennego w Vukovarze. Obserwowaliśmy jego dom i rodzinę. Niestety, najprawdopodobniej został ostrzeżony i uciekł.

Czy współpracowaliście z żołnierzami jednostek specjalnych z innych państw?

Mieliśmy okazją współpracować z żołnierzami jednostek specjalnych Stanów Zjednoczonych i Belgii. Kilkakrotnie stykaliśmy się też z chorwackimi policyjnymi jednostkami specjalnymi (specjalcami).
Ćwiczyliśmy regularnie z belgijskimi parakomandosami, którzy ochraniali kwaterę główną. Razem z nimi likwidowaliśmy zagrożenie ze strony bojówkarzy i próby przemytu.
Jedno z ćwiczeń było bardzo ciekawe. Tak naprawdę żaden z żołnierzy nie wiedział, czy są to działania prawdziwe czy ćwiczenia. Wszystko rozgrywało się w nocy z wykorzystaniem noktowizji. Grupa specjalna miała za zadanie zniszczyć obiekt i zlikwidować jego załogę. Na wykonujących zadanie polowały inne grupy. Część grupy belgijskiej nie wykonała zadania - wpadła na ćwiczebne miny - pułapki.

Wywiad przeprowadzony przez Huberta Królikowskiego, opublikowany w książce "Operacja Little Flower".